.: RECENZJA :.


W czerwcu 2001 roku, przebywając akurat w Nowym Jorku wybrałam się (bynajmniej nie z własnej woli ale na wyraźne polecenie Rednacza) na premierę "Tomb Raidera". Piękna Lara w ciągu 48 godzin usiłowała uratować wszechświat przed zagładą a ja skręcałam się z nudów i wściekłości na Marcina, że wysłał mnie na tak nieprawdopodobną miksturę przewidywalnej akcji, ściągniętych z innych filmów efektów specjalnych i fatalnych dialogów. Ale mimo zarzekania się, że "nigdy więcej!" i okrzyków "przecz z Larą!" zrobiłam to - obejrzałam kolejną część przygód obdarzonej urodą i dużym biustem, popularnej wśród miłośników gier komputerowych bohaterki. I... nie umarłam :) Co więcej, "Lara Croft Tomb Raider: Kolebka Życia" okazała się filmem zupełnie do przełknięcia.

Tym razem piękna, wysportowana panna Croft rozpoczyna poszukiwania zatopionej u wybrzeży Grecji świątyni, w której, jak głosi legenda, znajduje się ciesząca się niezbyt dobrą sławą puszka Pandory. Niestety, podobne plany ma znany naukowiec i potentat finansowy, Jonathan Reiss. Jego działania nie są jednak motywowane chęcią ochrony zabytków ale pragnieniem posiadania władzy i pieniędzy, które można zarobić na sprzedaży szkatułki, zawierającej najcięższe choroby i nieszczęścia świata czyli po prostu najgroźniejszej istniejącej broni masowego rażenia.

Już pierwsze sceny filmu sugerują, iż to, co będziemy podziwiać najczęściej na ekranie to wysportowana sylwetka i piękna buzia Lary. Angelina Jolie wkracza na plan z wielkim hukiem, pędząc mocno roznegliżowana na wodnym skuterze. I tak będzie cały czas - Lara na koniu, na motorze, skacząca po rusztowaniu, w górskiej jaskini itp., niezmiennie z nienaruszonym makijażem, ułożoną fryzurą i prawie bez śladów jakiejkolwiek walki (jak np. w scenie, w której jej twarz, raniona rozbitym szkłem, za chwilę ukazuje się bez najmniejszego draśnięcia). Mimo to i tak jest wyraźnie lepiej niż w części pierwszej, kiedy to kamera co parę minut kierowała się na obfite piersi i krągłe pośladki bohaterki, filmowane podczas serii skoków i innych, często niepotrzebnych, karykaturalnych wygibasów. W nowych kinowych przygodach bohaterka jest bardziej realna, na czym paradoksalnie ta bardzo bajkowa historia wyraźnie zyskuje.

Po filmie tego typu, szczególnie po zalewających sieć newsach, że nowy "Tomb Raider" to prawdziwa gratka dla fanów efektów specjalnych i wizualnych wyczesek, spodziewałam się, że rzeczywiście znajdę w nim mnóstwo przykładów na okraszoną ponadludzkim wysiłkiem pracę specjalistów komputerowych i wszystkich tych, których zadaniem jest wymyślanie zakręconych scen akcji. Po pierwszych paru minutach, kiedy zostałam poczęstowana śmieszną sceną z gumowo-komputerowym rekinem, zaczęłam się jednak obawiać, że i w tym temacie nie będzie najlepiej. No cóż, jestem w stanie zrozumieć różne, co bardziej fantastyczne przygody, szczególnie gdy uczestniczą w nich bohaterowie będący odzwierciedleniem postaci z odrealnionych gierek, ale boks z wielką rybą wydaje mi się aż nadto groteskowy. Na szczęście w miarę rozwoju akcji jest coraz lepiej i śmieszne sceny ustępują dopracowanym sekwencjom akcji. Zmartwią się jednak ci, którzy oczekiwali naprawdę przebojowych fragmentów i kosmicznych wybuchów. Na uwagę zasługuje wprawdzie np. scena skoku z wieżowca, jednak cały film bynajmniej nie poraża wizualnie. Jest miły dla oka, kolorowy, ale ma się wrażenie, że wszystko to już gdzieś było i to nawet w lepszym wydaniu. Pod względem efektów dynamiczniej i zdecydowanie ciekawej prezentowała się tak znienawidzona przeze mnie część pierwsza.

Rozmycie tempa akcji było najprawdopodobniej skutkiem bardziej pokaźnej niż we wcześniejszych przygodach Lary dawki melodramatyzmu. Okraszony erotyzmem "romans" rozgrywający się pomiędzy Croft a jej pomocnikiem Terrym odgrywał dość kluczową rolę w całym filmie, by w końcówce nadać mu jeszcze większy wymiar tragizmu i bolesnego poświęcenia bohaterki. Moim zdaniem odbyło się to w sposób więcej niż z lekka przesadzony. Ale hollywoodzkie stereotypowe metody przedstawiania postaci i kombinowania z ckliwością chyba nigdy nie ulegną zmianie.

Ciężko przy tego rodzaju produkcji prowadzić rozważania na temat obsady, ale może warto napisać tu kilka słów. Nie będę rozprawiać o pannie Jolie, bo nawet biorąc pod uwagę, że spisała się w swojej roli jak najlepiej mogła, to i tak urodą załatałaby wszystkie ewentualne braki. Na uwagę zasługuje jednak odtwórca głównego czarnego charakteru, Ciaran Hinds. Zdystansowany, aktor o niewzruszonej twarzy zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, nie starając się zbytnio demonizować swojej postaci i dzięki temu nadać jej charakter bardzo realnego wcielonego zła. Nie podobał mi się natomiast grający prawą rękę Reissa Til Schweiger. Był sztywny, nienaturalny a złe miny, które usiłował robić były bardziej śmieszne niż straszne.

W sumie jednak nie o grę aktorską tu chodziło ale o piękną Larę i jej efekciarskie przygody. Jeśli weźmie się to pod uwagę przy ocenie produkcji, można stwierdzić, że spełniła ona swoje zadanie. To sprawnie zrealizowany odmóżdzacz, który wymaga od widza tylko tego by rozkoszował się obrazkami pojawiającymi się na ekranie, rozum wyłączając przed wejściem na salę. Osobiście radzę tak zrobić, bo zbytnie dociekania i rozważania nad poszczególnymi scenami doprowadzą do tego, że będziecie znudzeni i zgorszeni ciągłym igraniem z prawami fizyki i zdrowym rozsądkiem. A tak, bez zbytniego udziału szarych komórek, jest miło, wesoło i całkiem składnie.


Ewelina Nasiadko
źródło: FilmWeb